Matka Polka w wiecznej podróży.

Matka Polka w wiecznej podróży.

Nie było mnie z Wami naprawdę długo. Minęło kilka rozległych i bogatych w treść miesięcy, a dzisiejszy wpis, choć niezmiennie płynie głównie z Katowic, to tak naprawdę zostaje napisany w miejscu diametralnie różnym, od tego marcowego… Dwukrotnie w swojej trzydziestoletniej historii byłam przekonana, że mój świat stanął na głowie… Oh, w jakim ja byłam wtedy błędzie! Do niedawna mój świat płynął po spokojnych wodach życia. Na głowie stoi teraz – stoi i cyka zdjęcia!

Spodziewam się, że Ci z was, którzy przeczytali choć część wpisów sprzed miesięcy, mogą uznać przewrotny wstęp za zapowiedź trzeciego dziecka. To równie zrozumiałe, co nietrafne – zdecydowanie NIE przybędzie nam dzieci, choć nowych obowiązków jest co najmniej tyle, ile zapewniłby pulchny niemowlak.

Mama pracująca
Kwiecień-plecień, podobnie jak poprzedzające go miesiące stanowił dla mnie plątaninę rozmów kwalifikacyjnych. Dzieliły się one na niejasne etapy i często wymuszały spotkania z ludźmi, którzy na hasło „dwójka dzieci”, jak z automatu odpowiadali „czego się nie robi dla 500+…”. Bywało różnie – wśród odmów znalazły się te, dla których argumentem był mój zły rodzaj osobowości.
Ostatecznie jednak udało się – naprawdę mi się udało! Trafiłam do miejsca, w którym bardzo chciałam się znaleźć, choć jednocześnie nie czułam, żeby dwuletnia przerwa w pracy wypełniona prowadzeniem bloga wystarczyła do wyprzedzenia pozostałych kandydatów.
Podejrzewam, że podczas tej konkretnej rozmowy coś zwyczajnie zaiskrzyło, choć całą przygodę rozpoczął niefortunny splot zdarzeń. Miałam pusty bak, a dotarcie do celu napędzane było w połowie oparami,a w połowie moją siłą woli. Nabierając przekonania, że nie może być już gorzej, szczere wyjaśniłam przyczyny spóźnienia, co spotkało się z uśmiechem i zrozumieniem, a w połączeniu przebiegiem reszty spotkania, zapewniło mi aktualny status mamy na etacie – mamy pracującej.

Dziś, choć oczywiście tęsknię za swoimi dziećmi, każdego dnia żegnam się z nimi mając na twarzy szeroki uśmiech. Dobrze wiem, że dla nich przedszkole i żłobek stanowią doskonałą płaszczyznę rozwoju, dla mnie natomiast praca jest prawdziwym konikiem. Spotykam się z opiniami, że ta euforia kiedyś minie, jednak mocno trzymam kciuki za ich omylność. Jestem zmęczona, czasami kontakt z kanapą wyłącza mój wewnętrzny agregat na kilka godzin, jednak hej! – przecież męczą mnie jedynie dobre rzeczy. Przecież na to właśnie czekałam opiekując się moimi chłopakami przez ponad dwa lata w warunkach domowych. I choć jest bardzo abstrakcyjnie, to cóż… Ja naprawdę jestem w tej rzeczywistości szczęśliwa.

Mama w delegacji
Rok temu, gdyby ktoś rozegrał konkurs na ilość czasu spędzanego z naszymi dziećmi, byłabym niekwestionowanym zwycięzcą. Bruno nie chodził wtedy do żłobka, Borys nie był przedszkolakiem, a ja, jako pełnoetatowa matka wiodłam w ich towarzystwie lekko koczowniczy żywot. Dziś, w tym samym konkursie zwycięzcą byłby mój mąż, który ze względu na charakter pracy może pozwolić sobie na dużo więcej swobody. To on podaje chłopakom lekarstwa, on załatwia wizyty lekarskie, wcześniejsze wyjścia ze żłobków i przedszkoli, późniejsze do nich dojazdy i masę innych rzeczy. Kiedy wracam do domu, czeka tam na mnie cała trójka, i choć maluchy witają mnie jak najważniejszego z mieszkańców naszego domu, to i tak ze świeżo nabitym guzem biegną najczęściej do taty.
Powód jest zrozumiały – mają mnie teraz nieporównywalnie mało. Stałam się mamą w delegacji, taką, która znika co drugi weekend, aby w zakorkowanym Krakowie uczyć się fotografii. Jestem tą kobietą, która pędzi gdzieś na siódmą, wraca stamtąd o siedemnastej, a czasami wychodzi dwie godziny wcześniej niż zwykle, by w ogóle nie wrócić na noc do domu. To dla naszej rodzinny wielka zmiana i bardzo głęboka woda, do której wszyscy wpadliśmy dość nagle, choć tak naprawdę każdy rozumiał, że ten moment kiedyś nastąpi.

Dwukrotnie w swojej trzydziestoletniej historii byłam przekonana, że mój świat stanął na głowie… Oczywiście byłam wtedy w wielkim będzie. Mój świat zdominowany przez dzieci był może dużo głośniejszy i dużo bardziej wypełniony kolorowym plastikiem, nie przesadziłam jednak pisząc, że wówczas płynął po spokojnych wodach życia. Na głowie stoi teraz. Stoi na niej, kiedy tkwię w krakowskich korkach, kiedy uczę się, jak z negatywu zrobić pozytyw, albo czym jest ten cały czas naświetlania. Mój świat niemal robi fikołki, kiedy wbijam do głowy wiedzę o sprawach tak mocno osadzonych w sieci i związanych z oprogramowaniem.

Wiem czym jest cyfrowe biurko, za to w niektóre wieczory sama już nie wiem jak się nazywam. Słucham nowej muzyki, chodzę na zupełnie inne koncerty i choć właśnie teraz, kiedy w hotelowym pokoju dokańczam ten wpis moja głowa prawie pęka z bólu i tęsknoty za kawą, to wiecie co? Dawno tak mocno nie czułam, że żyję.

Znów Wasza
HajdiBiernacka

Brak komentarzy

Dodaj Komentarz