Mój pomysł na powrót do życia zawodowego.

Mój pomysł na powrót do życia zawodowego.

Nie ulega wątpliwości, że podczas dążenia do osiągnięcia wyznaczonego celu, to porażki najskuteczniej skłaniają do refleksji. Mój aktualny cel, to znalezienie pracy, która nie tylko zapewni mi regularne źródło dochodu, ale również stanie się platformą rozwoju osobistego i miejscem, dzięki któremu będę budzić się z uśmiechem na twarzy. Etap, na którym znajduję się dziś nazwałbym raczej niepowodzeniem, niż porażką (lub, bardzo przewrotnie, uznałabym aktualny stan rzeczy za dotyk palca losu). Tak czy inaczej, po tygodniach starań spotkałam się z kilkoma odmowami i niezależnie od tego, czy tak właśnie miało być, w mojej głowie pojawiło się kilka spostrzeżeń, które z przyjenocią rozważę w Waszym towarzystwie.

Kim być?
Człowiek jest istotą wielobarwną. W przeciwieństwie do drugiego dna ukrytego w treści życia, mnogość ludzkich osobowości zawartych w jednostce jest faktem, a nie domniemaniem. Każdego dnia skrupulatnie odgrywamy swoje role, pozwalając by wodze przejął ten surowy, ten wrażliwy, ten obrażalski, albo ten spokojny.
Podczas rozmów kwalifikacyjnych niezwykle ważne jest to, aby potencjalny pracodawca dostał od nas pakiet złożony jedynie z najlepszych cech. Ten wypity ze smakiem koktajl osobowości może stać się pożywką dla stwierdzenia, że oto przed rekruterem siedzi najlepszy kandydat do objęcia danego stanowiska. Zasada prosta, jak budowa cepa kłóci się niestety z zupełnie inną zasadą, wedle której wartościowe jest to, co się komuś podoba. Oznacza, że w pewnym stopniu każdy pracodawca dokonuje wyborów również przez pryzmat subiektywnych odczuć. Ubiegając się o pracę nie możemy spełniać jedynie warunków opisanych w ofercie – dodatkowo (a może przede wszystkim) musimy być człowiekiem, którego zarząd bez obaw wpuści w mury swojego przedsiębiorstwa.

Drugie dno pracowniczych kompetencji.

  •  Z pewnością posiadanie dwójki dzieci czyni ze mnie zorganizowaną babkę, która mistrzowsko odnajduje się w przestrzeni zwanej „międzyczasem”. Niestety dzieci chorują, wymagają wcześniejszych odbiorów z przedszkola i zgodnie z powszechną opinią generują kłopoty, które odrywają matczyne myśli od służbowych obowiązków. Świadomość tej opinii sprawia, że na kolejnych rozmowach kwalifikacyjnych, pytana o rodzinę nieco ostrożniej dobieram słowa. Szukając pracy deklaruję gotowość, by dać z siebie sto procent. Zbyt duża część wypowiedzi poświęcona dwóm małym chłopcom może poddać tę gotowość w wątpliwość i sprawić, że zarząd w obawie przed nieodciętą pępowiną wybierze inną dziewczynę – tę, która nie ma dzieci.
  • Kreatywność – ta cecha zdaje się być kluczowa w każdym procesie rekrutacji, w którym dotychczas wzięłam udział. W teorii osoba kandydująca na wybrane stanowisko powinna być stuprocentowym artystą, takim z szalikiem przerzuconym przez ramię i wiatrem szalejącym we włosach. Jak się okazuje, w praktyce ta wizja  eksplodującego artyzmu przegrywa z kompetencjami stanowiącymi gwarancję jakości. Wartość wspomnianej kreatywności wzrasta wraz z siłą jej fundamentów, te zaś powinny być zbudowane ze znajomości narzędzi i bardzo precyzyjnie opisanych planów.
    Czyli co, świat nie lubi wizjonerów?
  • Pytania o pasję stały się  częstym elementem rozmów kwalifikacyjnych. Po serii testów umiejętności i analizie dotychczasowego doświadczenia, zawsze przychodzi moment rozluźnia, w którym osoba rekrutująca rozsiada się na krześle trochę swobodniej, by wysłuchać opowieści o ulubionych książkach i zajęciach, które uskuteczniam w czasie wolnym od obowiązków. Moja odpowiedź zawsze jest taka sama – parę słów o pisaniu i czytaniu oraz długa historia muzyki. Dotąd z wypiekami na twarzy opisywałam swoich muzycznych pupili, ukochane płyty i koncerty będące moim nałogiem, ze względu na ich wyjątkową energię.
    Z mojego punktu widzenia, wspomniana pasja jest najprawdziwsza i najpełniejsza, zrozumiałam jednak, że pracodawca może dostrzegać we mnie zwykłą imprezowiczkę i w głębi serca marzyć o systematycznym sportowcu. Dzięki tej świadomości, zamiast opowieści o tłumie szalejącym pod sceną, podczas rozmów kwalifikacyjnych skupiam się za ukazaniu tego, jak w mojej głowie rodzi się marzenie, które z biegiem czasu zmienia się w plan realizacji, by ostatecznie zmaterializować się w mojej dłoni pod postacią biletów na konkretne wydarzenie.
  • Komunikatywność zdaje się być cechą niezwykle cenioną na rynku pracy. Bez wątpienia jestem komunikatywna, spotkania z ludźmi budzą we mnie ekscytację, prawie nigdy poddenerwowanie. Biorąc udział w kolejnych rozmowach kwalifikacyjnych czuję się swobodnie, a na opowieści o zasadach panujących w danej firmie reaguję z dziecięcą euforią. Bez większych problemów wyobrażam sobie siebie na wybranym stanowisku, przez co w pewnym momencie, zupełnie nieświadomie zaczynam określać frmę mianem „naszej”, a nie „waszej”. Kiedy byłam studentką i szukałam dorywczej pracy na recepcji, ten niewinny zabieg rozczulał pracodawców. Byłam młoda i taaaka zaangażowana. Niestety trzydziestolatka, która dokonuje werbalnego samozatrudnienia może generować pewne obawy. Zaangażowanie jest wartościowe, o ile wyrażam je poprzez wiedzę o firmie. Wskazówki dotyczące błędów na stronie internetowej i podbieranie kawałka korporacji za pomocą słowa „nasza”, stanowią ścieżkę poboczną, która mija się z drogą do sukcesu.

Domyślam się, że poza kwestiami, które wymagały dopracowania, moje rozmowy kwalifikacyjne pełne są niuansów potencjalnie wymagających szlifu. Być może kilka kolejnych spotkań sprawi, że w mojej głowie pojawią się nowe wnioski, zastanawiam się jednak do którego momentu po drugiej stronie stołu wciąż będę siedzieć JA. Oczywiście przekraczanie pewnych granic nie jest na miejscu, a nieprofesjonalny ton wypowiedzi i rozmijanie się z oczekiwaniami pracodawcy zawsze prowadzą donikąd. Myślę jednak, że znalezienie tej jedynej, odpowiedniej pracy wymaga kompromisu od obu stron. Pracodawca, który zechce oddać dane obowiązki w moje ręce będzie musiał zaakceptować fakt, że nie jestem typowym bywalcem przestrzeni biurowych, jestem trochę zbyt głośna, i choć mocno zorganizowana, to jednocześnie trochę zwichrowana. Ja również będę musiała zaakceptować nowe zasady, respektować dress code, nauczyć się panowania nad wybuchami euforii.

Praca to relacja na wiele lat, swego rodzaju związek z przedsiębiorstwem i pracującymi w nim ludźmi. Choć ponad dwa lata spędzone na wychowywaniu dzieci zdają się być przestrzenią szalenie odległą od środowiska zawodowego, to w praktyce jest zupełnie inaczej. Życie w rodzinie to najlepsza szkoła zaangażowania, kompromisów, pracowitości i szukania alternatywnych rozwiązań. Wierzę w to, że w niedługim czasie otrzymam szansę (zdobędę szansę) zaprezentowania wypracowanych umiejętności.

HajdiBiernacka

Brak komentarzy

Dodaj Komentarz